Skip to content

Zranione owoce i płaczące kokosy

Wkrótce, na prośbę męża – Frida znowu angażuje się w działanie ruchów rewolucyjnych i składa wniosek o ponowne przyjęcie w szeregi Meksykańskiej Partii Komunistycznej. Jej aplikacja zostaje przyjęta. Aplikacja Diego – który nie odnosi już większych sukcesów, a któremu „bracia komuniści” wypominają współpracę z koniunkturalnymi Amerykanami i fakt bycia w kręgu osób podejrzanych w sprawie zabójstwa małżeństwa Trockich – zostaje odrzucona. Na pocieszenie, Rivera rozpoczyna (jak za starych czasów) dwuletni romans z aktorką, Marią Felix. Mimo kolejnej zdrady, Frida nadal wspiera męża, pisząc między innymi esej „Portret Diego”, który zostaje opublikowany jako wstęp do 50-letniej retrospekcji twórczości Rivery, odbywającej się w Palace of Fine Arts w Mexico City.

Obrazy malarki – w odróżnieniu od gasnącej powoli sławy Rivery – odnoszą kolejne sukcesy i podbijają wystawy. Jej zdrowie – tradycyjnie załamuje się. Przez wzgląd na narastające problemy z kręgosłupem – Frida przez dziewięć miesięcy przebywa w szpitalu, gdzie przechodzi kolejnych siedem (!) operacji. Jakby tego było mało, na jej drugiej nodze pojawia się gangrena, a na przeszczepionych kawałkach kości lekarze odkrywają objawy infekcji. Mimo realnego stanu zagrożenia życia, Frida – gdy tylko jej zdrowie stabilizuje się na chwilę – maluje kolejne obrazy.

Po opuszczeniu szpitala – przykutą do wózka artystką zajmują się wynajęte pielęgniarki, które czuwają przy niej przez 24 godziny na dobę. W tym czasie, Frida coraz częściej sięga po zastrzyki ze środków przeciwbólowych. Fatalny stan zdrowia nie oznacza jednak zaprzestania działalności politycznej! Tym razem – malarka pomaga w zbieraniu podpisów na liście, wspierającej ruch pokojowy. Ból i traumatyczne emocje uwiecznia na kolejnych płótnach. Porzuca jednak autoportrety na rzecz martwej natury. Badacze twierdzą, że powodem takiej zmiany upodobań artystycznych była niechęć do samej siebie. Kahlo najprawdopodobniej nie chciała ukazywać swojego kalekiego, obolałego ciała. Nie chciała, żeby galerie obrazów pokazywały ją – na jej własnych płótnach, rzecz jasna -  na wózku, permanentnie cierpiącą i bardzo słabą. Zamiast na sobie – ból przedstawiała malując zranione owoce i płaczące kokosy, a w przerwach między malowaniem… pochłaniała ogromne ilości środków przeciwbólowych, zapijając je alkoholem. Takie działanie – co oczywiste – wpłynęło negatywnie na jej kunszt. Być może także przez to, zamiast na charakterystyczne dla niej obrazy – symboliczne i bardzo precyzyjne autoportrety, zdecydowała się na wymagającą mniejszej ilości precyzji martwą naturę.

Wczytując się w pamiętniki malarki z tamtego okresu można wywnioskować,  że spodziewała się nadchodzącej wielkimi krokami śmierci. Z jednej strony – była z nią oswojona. Z drugiej jednak, ciągle narzekała na kalekie ciało. Przede wszystkim, marzyła o czymś, co w teorii było jedynie formalnością, błahostką, dziwnym przeoczeniem. Bo Frida, meksykańska malarka, której nieszablonowe, obrazy nowoczesne podbijały galerie na całym świecie, nie doczekała się wystawy we własnym, ukochanym kraju.