Skip to content

Tragiczny wypadek i twórczy rozkład

“To była dziwna kolizja. Nie gwałtowna, raczej milcząca, powolna i skrzywdziła wszystkich. Mnie najbardziej.” – wspominała Frida. Chodzi oczywiście o dramatyczny wypadek, który na zawsze zmienił jej życie, a któremu uległa w 1925 roku.

Na krotko przed tym zdarzeniem, Frida – którą nigdy nie interesowały zdjęcia na płótnie, zdjęcia klasyczne, obrazy czy jakakolwiek forma sztuki – zaczęła pomagać swojemu ojcu w prowadzeniu studia fotograficznego. Guillermo Kahlo uczył ją, jak używać aparatu, jak retuszować i kolorować zdjęcia. Zdobyte doświadczenie, Frida zaczęła wkrótce wykorzystywać, pracując na płatnych praktykach u bliskiego przyjaciela jej ojca, drukarza komercyjnego – Fernando Fernandeza. Fernandez z kolei, uczył Fridę podstaw rysunku i kopiowania rycin Andersa Zorna, szwedzkiego impresjonisty. Mimo praktyk i realnej szansy na pozyskanie dobrze płatnego zawodu, Fridę nadal – bardziej niż obrazy czy zdjęcia – interesowała polityka i… związek z Alejandro Gomezem Ariasem.

To właśnie z nim, 1 września 1925 roku, w drodze ze szkoły do domu wsiadła do autobusu, który wkrótce po ruszeniu z przystanku – zderzył się z drezyną. Kilka osób zginęło na miejscu, wiele innych  zostało ciężko rannych.

Frida cudem przeżyła. Jej ciało znaleziono pośród poskręcanych, blaszanych części wraku. Była półnaga, zalana krwią i oblepiona złotym proszkiem. W szpitalu stwierdzono, że podczas wypadku kręgosłup Fridy, jej żebra, kość miednicowa i obojczyk – zostały złamane. Jej prawa stopa była praktycznie zmiażdżona, a zdeformowane i osłabione chorobą polio kości prawej nogi – zostały złamane w 12 miejscach. Dodatkowo, przez jej biodro, pachwinę, macicę i jamę brzuszną przeszedł metalowy pręt, masakrując wewnętrzne organy. Lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie stwierdzając jednocześnie z całą pewnością, że Frida Kahlo już nigdy nie będzie mogła urodzić dziecka.

Żeby opłacić rekonwalescencję, rodzice przyszłej malarki sprzedali cały swój majątek. Bolesna i bardzo kosztowne leczenie, trwało wiele miesięcy. Ciało Fridy unieruchamiano w odlewach i gorsetach gipsowych, nogi umiejscawiano na wyciągach, eksperymentalnymi, często barbarzyńskimi metodami usiłowano rozciągać mięśnie i kości. Cały ten, szpitalny okres – Frida spędziła w klinicznym odosobnieniu.

To właśnie wtedy odkryła w sobie miłość do malarstwa. Rodzice z poświęceniem pomagali jej w rozwijaniu nowej pasji: zamówili specjalne sztalugi, dzięki którym Frida mogła malować obrazy z pozycji leżącej, a nad łóżkiem zawiesili lustro umożliwiające jej tworzenie autoportretów.

„Jestem ROZPADEM!” – napisała Frida w dzienniku z tamtego okresu. Jak się miało okazać, był to rozpad służący twórczej kreacji, która (przez wzgląd na anatomiczną formę) nie tylko „wywracała bebechy” – jak powiedziałby Witkacy, ale zmieniła bieg historii sztuki.